You are currently viewing Czego właściwie doświadczam?

Czego właściwie doświadczam?

Mówię: cytryna. I coś dzieje się w moich ustach, zanim skończę ten wyraz. Ślinianki nie czekają na argumenty. Sztuczka jest prosta, ale działa wyłącznie na kogoś, kto cytrynę już jadł. Gdybym mówił do człowieka, który nigdy nie miał jej w ustach, słowo „kwaśne” byłoby dla niego samym dźwiękiem. Mógłbym mu podać wzór kwasu cytrynowego. Opisać receptory na języku. Narysować drogę impulsu aż do kory. Wiedziałby wszystko i nadal nie wiedziałby nic.

I tu zaczyna się pytanie które mnie nie opuszcza. Nie: czym jest mózg. Nie: jak działają neurony. Tylko to, co dzieje się właśnie teraz, kiedy czytasz te słowa. To dziwne uczucie bycia sobą, od środka. Czego tak właściwie doświadczam?

W grudniu 1958 roku w angielskim mieście Wolverhampton pewien człowiek odzyskał wzrok. Nazywał się Sidney Bradford, w papierach neuropsychologa Richarda Gregory’ego, który go badał, po prostu S.B. Stracił oczy w wieku dziesięciu miesięcy po szczepieniu na ospę. Przeszczep rogówki dostał jako pięćdziesięciodwulatek. Świat znał rękami i znał go nieźle — pracował przy tokarce.

Po zdjęciu opatrunków nie zobaczył tego, co my. Duże litery rozpoznawał od razu, bo w szkole dla niewidomych uczył się ich palcami z drewnianych klocków. Małych nie odczytał nigdy. Nigdy ich nie dotykał.

W muzeum techniki pokazano mu za szybą tokarkę, taką samą jak jego własna. Patrzył i nie miał pojęcia, na co patrzy. Poprosił więc, żeby mu pozwolono jej dotknąć. Zamknął oczy, przejechał dłońmi po maszynie, cofnął się, otworzył oczy i powiedział: „Teraz, kiedy jej dotknąłem, widzę”. Czy wzrok dołożył mu wiedzy? Ani na gram. Dołożył mu przeżycia — i dopiero ono dopuściło do głosu wszystko, co ten człowiek wiedział od dawna.

Nauka opisuje mechanizm i robi to coraz lepiej. Widzimy mózg przy pracy. Rozumiemy widzenie, pamięć, język. Nie rozumiemy jednego: dlaczego z tych procesów bierze się przeżycie. Dlaczego komukolwiek cokolwiek się wydaje. Nazwali to „trudnym problemem świadomości” i nazwa jest uczciwa, bo to nie jest luka do natychmiastowego naukowego załatania. To dziura innego rodzaju. Opis nigdy nie staje się tym, co opisuje — przepis nie jest obiadem, a mapa terenem, choć bywa od niego lepiej opisana.

Do tego każdy siedzi w tym po swojemu. Ta sama cytryna, dwie różne kwaśności. Ta sama tokarka, dwa drożne doświadczenia. Ta sama piosenka — jednemu przechodzi dreszcz po plecach, drugi w tym czasie patrzy w telefon. Umawiamy się na wspólne słowa i to nam wystarcza, bo nie mamy jak zajrzeć pod nie. Całe życie zakładam, że moja cytryna smakuje tak samo jak twoja, a pisanie ładnych i prostych liter przychodzi mi z równą łatwością co tobie. A jak to niby sprawdzić?

Wiem zresztą, jak to brzmi. Wiejski filozof po drugim piwie ogłasza, że nauka czegoś nie ogarnia, i robi się od tego mądrzejszy. Otóż nie. Im dłużej przy tym siedzę, tym mniej mam do powiedzenia.

A to i tak dopiero jedna strona medalu, choć tak naprawdę nie wiadomo ile ten medal ma stron. Amerykański filozof Thomas Nagel pytał kiedyś, jak to jest być nietoperzem. Ośmiornica ma większość neuronów w ramionach, więc być może smakuje świat ośmioma rękami naraz. Nie wiem, jak wygląda jej dzień. Nie mam zielonego pojęcia, jak to jest latać kierując się echolokacją. Nie wiem nawet, czy takie pytania mają sens. I to jest najuczciwsza odpowiedź, jaką mam.

Nie wyciągam z tego morału i nikogo nie namawiam, żeby to nurtujące pytanie: czego tak właściwie doświadcza, zamknął jak książkę i poszedł żyć. Sam czytam dalej. Zauważam tylko, że nikt jeszcze nie nauczył się smaku z opisu ani działania tokarki z podręcznika. Cudze jabłko najwyżej przypomina to, które się już miało w ustach. Wiedza podaje się dalej z rąk do rąk. Doświadczenia nie da się podać — trzeba je zjeść samemu, jak cytrynę, czy jabłko. I trzeba zjeść ich sporo. Bo z doświadczeniem jest jak z Drogą – każdy powinien mieć własną.

Dodaj komentarz