Wielka literatura nie jest tylko układem zdań. Jest skondensowanym doświadczeniem istnienia.
To zdanie wydaje mi się dzisiaj jedną z najważniejszych obron literatury w epoce sztucznej inteligencji. Bo jeśli uznamy, że literatura jest jedynie sprawnym produkowaniem tekstu, wtedy rzeczywiście możemy się przestraszyć. Maszyna pisze szybko. Poprawnie. Czasem nawet zaskakująco dobrze.
Ale czy literatura naprawdę zaczyna się od sprawności?
Moim zdaniem nie. Literatura zaczyna się od doświadczenia. Od zranienia, zachwytu, winy, pamięci, straty, pragnienia, samotności. Od tego wszystkiego, czego nie da się po prostu „wygenerować”, bo najpierw trzeba to przeżyć albo przynajmniej głęboko przeczuć.
Dlatego w całej dyskusji o AI i pisarzach mniej interesuje mnie lęk techniczny, a bardziej lęk egzystencjalny. Bo może nie boimy się tego, że sztuczna inteligencja napisze książkę. Może boimy się, że napisze coś, co zmusi nas do pytania: co właściwie we mnie było naprawdę moje?
To pytanie nie dotyczy tylko pisarzy. Dotyczy każdego człowieka, który tworzy, myśli, mówi, wybiera. AI może stać się narzędziem. Może być rozmówcą. Może być protezą dialogu poznawczego. Tak jak pismo było kiedyś protezą pamięci, a internet protezą dostępu do wiedzy.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy narzędzie przestaje być narzędziem, a zaczyna zastępować wewnętrzną pracę człowieka.
Jeśli pisarz używa AI po to, żeby lepiej zobaczyć własną myśl, uporządkować chaos, sprawdzić alternatywę, wejść w dialog — nie widzę w tym hańby. Widzę w tym nowy warsztat. Ołówek też kiedyś był technologią. Maszyna do pisania też. Komputer również.
Ale jeśli ktoś używa AI po to, żeby uniknąć siebie, wtedy zaczyna się problem. Bo literatura wymaga obecności. Nie tylko słów.
W tym sensie sztuczna inteligencja nie musi zniszczyć literatury. Może ją obnażyć. Może pokazać, jak wiele tekstów było tylko sprawnym układaniem zdań. Może także przypomnieć, że prawdziwe pisanie nie polega na produkcji treści, lecz na dawaniu świadectwa.
Nie znam osobiście Olgi Tokarczuk, ale jej postawa wobec narzędzi, myślenia i literatury wydaje mi się ciekawa właśnie dlatego, że nie musi wynikać z lęku. Wielki pisarz nie musi obrażać się na narzędzie. Może je sprawdzić. Może zobaczyć, co ono odsłania. Może nawet potraktować je jak lustro.
A lustro, jak wiadomo, nie jest winne temu, co pokazuje.
Być może AI nie odbierze literaturze duszy. Być może tylko bezlitośnie pokaże, gdzie tej duszy nigdy nie było.