Jednym z najcichszych lęków współczesnego człowieka jest lęk przed tym, że pewnego dnia przestanie być potrzebny.
Nie mówi się o tym zbyt często. Łatwiej mówić o sukcesie, rozwoju, kompetencjach, celach, projektach, produktywności. Łatwiej udawać, że człowiek jest wiecznie aktualny, przydatny i gotowy do działania. Ale gdzieś pod spodem pracuje pytanie: co się stanie, kiedy już nie będę potrzebny?
Sztuczna inteligencja wydobywa ten lęk na powierzchnię. Bo nagle okazuje się, że wiele rzeczy, które dotąd uznawaliśmy za dowód naszej wyjątkowości, można zautomatyzować. Tekst, obraz, analiza, plan, rozmowa, projekt, streszczenie, porada — wszystko to może powstać szybciej, taniej i często wystarczająco dobrze.
I człowiek zaczyna pytać: skoro maszyna może robić to, co ja, to po co ja?
To pytanie jest bolesne, ale może być także oczyszczające. Bo być może przez lata myliliśmy swoją wartość z użytecznością. Byliśmy potrzebni, więc czuliśmy się ważni. Ktoś nas wzywał, więc istnieliśmy. Ktoś na nas czekał, więc mieliśmy sens.
Ale czy człowiek ma wartość tylko wtedy, gdy jest przydatny?
Jeśli tak, to starość jest klęską. Choroba jest klęską. Odpoczynek jest klęską. Samotność jest klęską. A przecież to nie może być prawda. Człowiek nie jest narzędziem, które traci sens, gdy przestaje działać.
Może superinteligencja, jeśli rzeczywiście nadejdzie, zmusi nas do stworzenia nowej moralności. Moralności, w której wartość człowieka nie będzie mierzona wyłącznie produktywnością. Moralności, w której człowiek nie będzie musiał ciągle udowadniać, że zasługuje na miejsce przy stole.
Być może najważniejsze pytanie przyszłości nie będzie brzmiało: co jeszcze potrafimy zrobić lepiej od maszyn? Być może najważniejsze pytanie zabrzmi: kim jesteśmy, kiedy nie musimy już niczego udowadniać?
To pytanie prowadzi głęboko. Do dzieciństwa, ambicji, zranień, niespełnień, potrzeby uznania. Do wszystkich tych miejsc, w których człowiek nauczył się, że musi być „jakiś”, żeby zasłużyć na uwagę.
A może prawdziwa wolność zaczyna się wtedy, gdy przestaję być potrzebny — i mimo to odkrywam, że nadal jestem.
Nie jako funkcja. Nie jako stanowisko. Nie jako nazwisko na drzwiach. Nie jako człowiek od załatwiania spraw.
Jestem.
Może to wystarczy. A jeśli nie wystarczy światu, to może świat będzie musiał się jeszcze dużo nauczyć.