You are currently viewing Czy należy śmiać się z płaskoziemców?

Czy należy śmiać się z płaskoziemców?

Od razu chcę przeprosić płaskoziemców, że akurat ich określenia używam w tytule materiału do kolejnych przemyśleń w Pracowni Przemian. Pod tym hasłem chciałbym jednak zmieścić wszystkich fanatyków najdziwniejszych teorii spiskowych i wytworów ludzkiej wyobraźni, która — jak wiadomo — bywa niemal tak nieograniczona jak ludzka głupota i mądrość razem wzięte.

Chciałbym zatrzymać się na pewnym zjawisku, które nabrało szczególnej siły, gdy internet trafił pod strzechy. Nieprzypadkowo zresztą użyłem sformułowania „pod strzechy”, bo takich miejsc, gdzie światło rozsądku dociera dość słabo, nie brakuje. Widać to szczególnie w mediach społecznościowych, gdzie fakty bywają jedynie mglistą sugestią, a logika potrafi uchodzić za podejrzany wymysł elit.

Przez lata chętnie przywoływano przy tej okazji słynne zdanie przypisywane Stanisławowi Lemowi, który miał powiedzieć, że dopiero dzięki internetowi dowiedział się, ilu na świecie jest idiotów. I tu powinienem się na chwilę zatrzymać. Bo przygotowując ten tekst, sam niemal wpadłem w pułapkę, o której piszę. Problem w tym, że nie ma wiarygodnego dowodu, że Lem rzeczywiście te słowa wypowiedział. Internet przypisał mu cytat o idiotach w internecie, a ja omal bez większego namysłu podałem go dalej. Trudno o piękniejszą ironię.

Lepiej udokumentowana jest natomiast wypowiedź Umberto Eco z 2015 roku, który podczas uroczystości na Uniwersytecie w Turynie mówił o tym, że media społecznościowe dały prawo głosu „legionom imbecyli”, którzy wcześniej mogli co najwyżej wygłaszać swoje opinie w barze, a dziś występują w przestrzeni publicznej z podobną siłą jak eksperci czy nobliści.

Bez względu jednak na to, jak ich nazwiemy — imbecylami, płaskoziemcami, fanatykami czy po prostu ludźmi głęboko przekonanymi o rzeczach nieprawdziwych — moje tytułowe pytanie pozostaje: czy należy się z nich śmiać?

Trzeba Wam wiedzieć, że zadający to pytanie został wychowany w domu, w którym ceniono pokorę i raczej nikt się nie wymądrzał, nawet jeśli rzeczywiście miał coś sensownego do powiedzenia. Pierwsza odpowiedź, jaka przychodzi mi więc do głowy, brzmi: nie należy śmiać się z ludzkiej głupoty.
W tym miejscu mój artykuł mógłby się zakończyć, ale mam wrażenie, że nawet nie prześlizgnęliśmy się jeszcze po powierzchni znacznie głębszego problemu.

No dobrze. Zanurkujmy więc trochę głębiej. Czy wiara w rzeczy nieprawdziwe rzeczywiście jest prostym synonimem głupoty? Nie sądzę.
Inteligencja, wykształcenie ani nawet wybitne osiągnięcia nie dają człowiekowi odporności na błędy poznawcze, przywiązanie do własnych przekonań czy przecenianie dowodów, które akurat potwierdzają to, w co już wcześniej uwierzył.

Dobrym przykładem może być Linus Pauling — wybitny amerykański uczony i dwukrotny laureat Nagrody Nobla, który przez wiele lat promował stosowanie bardzo dużych dawek witaminy C, między innymi w leczeniu nowotworów. Nie był człowiekiem głupim. Wręcz przeciwnie. A jednak wielka inteligencja nie ochroniła go przed przywiązaniem do hipotez, które nie znalazły później tak mocnego potwierdzenia, jakiego się spodziewał.

Dlatego zbyt łatwo jest wrzucić do jednego worka człowieka przekonanego o istnieniu zmiennokształtnych jaszczurów, kogoś wierzącego w płaską Ziemię i osobę, która kwestionuje cały dorobek współczesnej medycyny. Ich przekonania mogą być równie absurdalne, ale ich skutki już niekoniecznie.

Człowiek twierdzący, że astronauci nigdy nie opuścili ziemskiej atmosfery, może być przede wszystkim źródłem internetowej rozrywki. Ktoś, kto przekonuje ludzi, aby nie korzystali z leczenia, ponieważ sam sprzedaje cudowne antidotum na wszystkie choroby rodzaju ludzkiego, może być już realnym zagrożeniem.

I tutaj pojawia się kolejny problem. Teoria spiskowa jest niemal idealnym produktem handlowym. Po pierwsze, sama tworzy problem i sama sprzedaje jego rozwiązanie. „Truje cię woda, jedzenie, szczepionki, rząd, korporacje”. A zaraz potem: „Ten suplement, filtr, kurs, książka albo specjalna metoda cię ochroni”. Sprzedawca handluje jednocześnie lękiem i ulgą od tego lęku.

Po drugie, teoria spiskowa czyni klienta wyjątkowo lojalnym. Skoro wszystkie „oficjalne” źródła kłamią, to pozostaje tylko ten jeden człowiek, który podobno zna prawdę. Konkurencja zostaje zdyskredytowana zawczasu. Lekarz? Jest częścią systemu. Naukowiec? Opłacony. Dziennikarz? Manipuluje. Urząd? Tuszuje.

Po trzecie, dobrze skonstruowana teoria spiskowa potrafi uodpornić się na krytykę. Każdy dowód przeciwko niej staje się dowodem, że spisek działa. Śledztwo dziennikarskie? „Uderzają we mnie, bo się boją”. Kara od urzędu? „Chcą mnie uciszyć”. Krytyka naukowców? „Wiedziałem, że system będzie się bronił”.
Dla zwykłej firmy skandal może oznaczać katastrofę. Dla sprzedawcy teorii spiskowej często staje się dodatkową reklamą.

Przykładów monetyzowania teorii spiskowych jest bardzo dużo. Mnie przychodzi na myśl jeden szczególnie niebezpieczny.

W Stanach Zjednoczonych członkowie rodziny Grenonów — ojciec i jego trzej synowie — stworzyli pseudokościół i sprzedawali preparat znany jako Miracle Mineral Solution. Po odpowiednim przygotowaniu prowadził on do powstania dwutlenku chloru, silnego środka wybielającego stosowanego przemysłowo. Preparat reklamowano jako cudowne rozwiązanie na malarię, autyzm, nowotwory, a później także COVID-19.

To już nie jest niewinna wiara w płaską Ziemię. To biznes zbudowany na strachu, niewiedzy i desperacji ludzi. I właśnie tutaj teoria spiskowa spotyka się z ekonomią uwagi.

Na tego rodzaju zjawiskach zarabia się zasadniczo na dwa sposoby. Pierwszym jest sprzedaż produktów: suplementów, „cudownych kuracji”, filtrów, książek, sprzętu survivalowego czy najróżniejszych preparatów. Drugim jest sprzedaż naszej uwagi.
Reklamy. Monetyzacja kanałów. Wpłaty od widzów. Płatne subskrypcje. Kursy. Konferencje. Filmy. Transmisje. Kliknięcia. To wszystko żeruje na naszej uwadze.

I teraz sprawa robi się jeszcze ciekawsza. Bo przecież oprócz kanałów propagujących teorie spiskowe powstają również całe kanały poświęcone ich wyśmiewaniu. One także zarabiają. Jedni przekonują, że Ziemia jest płaska. Drudzy przez godzinę tłumaczą, dlaczego płaska nie jest. Jedni tworzą absurd. Drudzy go komentują i wyśmiewają. Jedni i drudzy potrzebują tego samego: naszej uwagi.

Algorytmy mediów społecznościowych nie mają poczucia humoru, światopoglądu ani potrzeby dochodzenia do prawdy. Interesuje je przede wszystkim jedno — czy patrzymy. Dlatego korzystają zarówno zwolennicy teorii spiskowych, jak i ich przeciwnicy. Korzystają twórcy treści, reklamodawcy, platformy, czasem politycy.

A płacimy za to my. Nie zawsze pieniędzmi. Częściej czasem. Uwagą. Emocjami. Kilkunastoma (oby tylko) minutami życia, których już nikt nam nie odda.

Wracając więc do tytułowego pytania: czy należy śmiać się z płaskoziemców? Może źle postawiłem to pytanie już na samym początku. Śmiać się można ze wszystkiego. Czasami nawet trzeba. Szczególnie warto od czasu do czasu pośmiać się z samego siebie, bo to bardzo skuteczny sposób leczenia przesadnej pewności własnego rozumu.

Ważniejsze jest jednak inne pytanie. Komu właściwie służy nasz śmiech? Czy wyśmiewając bzdurę, nie dajemy jej przypadkiem tego, czego najbardziej potrzebuje — naszej uwagi? I czy śmiejąc się z cudzej łatwowierności, nie zapominamy czasem, że sami również mamy swoje słabe punkty? Bo być może największym błędem nie jest uwierzyć w coś głupiego. Może największym błędem jest uwierzyć, że nam nigdy się to nie przydarzy.

Dodaj komentarz